Lwów – dzień drugi

by Emilia
Lwów – dzień drugi

Dziś kolejny post z serii „co warto zobaczyć”. Po zwiedzaniu Lwowa bez konkretnego celu wróciliśmy do hotelu i zaczęliśmy sobie układać plan zwiedzania na dzień następny. I tak okazało się, że przechodziliśmy obok wielu zabytków i atrakcji nawet o tym nie wiedząc, a wystarczyło na przykład skręcić w jakąś uliczkę. Cóż, czasem plan się jednak przydaje.

I tak dzień zaczęliśmy od kościoła św. Piotra i Pawła, który znajduje się niedaleko Opery Lwowskiej. Kościół trochę na uboczu, „przyklejony” do innej kamienicy, piękny choć są we Lwowie budowle, które robią większe wrażenie. Na przeciwko dużo knajp i restauracji. Pierwszego dnia, gdy przechodziliśmy koło niego, na ławkach usytuowanych naprzeciwko siedziało sporo żołnierzy, naprawdę było ich dużo. Widok był na pewno ciekawy, ale nikt z nas nie odważył się wyciągnąć aparatu, żeby to uwiecznić, bo w sumie nie wiadomo jak wojsko by się zachowało. Drugiego dnia natomiast gdy przechodziliśmy obok kościoła na ulicy leżał śpiący bezdomny – widok bardzo przygnębiający. Taka jest właśnie rzeczywistość Lwowa.

Kolejnym punktem była Kaplica Boimów. Usytuowana jest obok katedry łacińskiej. Na początku trochę jej szukaliśmy, chodząc w kółko wokół kamienicy, a później się okazało, że koło niej przechodziliśmy. Kaplica jest mała, ale piękno i mistycyzm wykonania zwraca uwagę. Co nas zaskoczyło przed samą kaplicą na ziemi była kostka z obrazkiem lwa i kodem QR oznaczona numerkiem 3. Każdy kto ma odpowiednią aplikację w telefonie bez problemu może ten kod zeskanować. Na telefonie ukazuje się nam informacja co to jest za zabytek, w czterech językach (ukraiński, polski, angielski, niemiecki). Zaraz obok była strzałka z numerkiem 4. Więc poszliśmy w kierunku, który wskazywała.

Doszliśmy do placu Mariackiego, na środku którego stoi piękny, monumentalny pomnik Adama Mickiewicza, miejsce ważne dla każdego Polaka. Mogłabym znów użyć słów „robi wrażenie”. Biorąc pod uwagę spójność i stylistykę wypowiedzi chyba nie powinnam, ale jakich innych słów można użyć patrząc na niego, chyba jeszcze takich: „chwyta za serce”. Szukaliśmy wokół pomnika kolejnego QR kodu, ale go jednak nie znaleźliśmy przy nim.

Kolejnym naszym celem było włoskie podwórko. I tutaj znów krążyliśmy wokół kamienicy, aż w końcu mój mąż mówi: „a może to tutaj?” wskazując na niepozorną bramę wejściową w Rynku do jednej z kamienic. Okazało się że miał rację. Po wejściu kupiliśmy bilety wejściowe po 10 hrywien, czyli jakieś 1,5 zł za osobę. Można też kupić bilet do zwiedzenia królewskich komnat – 30 hrywien za osobę. Naszym oczom ukazuje się niewielki dziedziniec w iście włoskim stylu, a w środku knajpka. Nie zatrzymaliśmy się w niej że względu na opinie w Internecie, które nie zachęcają. Weszliśmy za to na balkon, który faktycznie za sprawą kolumn i arkad przypomina włoskie klimaty. Miejsce urokliwe, warto tam zajrzeć na chwilę, choć trudno trafić, strzałek żadnych nie znajdziemy, które by do niego kierowały.

Zaraz obok, na rogu jest Muzeum Apteka, które znajduje się w działającej aptece. Warto tam zajrzeć, żeby podziwiać stare sprzęty i ten klimat aptek ze starych filmów.

Gdy skierujemy się na prawo po wyjściu z apteki dojdziemy do Katedry Ormiańskiej. Dotarliśmy do niej od ulicy Wirmeńskiej i jak się okazało bramy do niej były zamknięte. Przeszliśmy podwórkiem obok i znów brama zamknięta. Jak się później okazało wejście do tej katedry jest od ulicy Krakowskiej, znajduje się między bramami numer 16 i 18. Bez informacji wyszukanych w Internecie nawet nie wpadłabym na to, że tam właśnie jest wejście do Katedry Ormiańskiej.

No i co dalej? W planach mieliśmy jeszcze Wysoki Zamek, z którego rozciąga się piękna panorama miasta, jeszcze lepsza niż z Hotelu Dniestr. Chociaż zamek to za duże słowo, bo zostały tam tylko ruiny, w chwili obecnej jest tam kopiec unii lubelskiej, wysoki na 413 metrów nad poziomem morza. Jednakże strzałki w mieście nadal wskazują na Wysoki Zamek. Mapy pokazywały nam drogę około 1,5 kilometra, więc tragedii nie ma. Tylko trzeba wziąć pod uwagę, że idziemy cały czas pod górkę, bardzo stromą chwilami. Już samo dojście do placu, na którym jest strzałka kierująca do zamku jest męczące. Dochodzimy do rozwidlenia dróg. W lewo mamy ewidentną drogę pod górkę, a w prawo droga bez wzniesienia, ale niech to nas nie zwabi, dalej są schody, bardzo dużo schodów. To była nasza droga powrotna, zdecydowanie lepiej się schodziło, na pewno szybciej, ale wejść po tych schodach, chyba nie dałabym rady. Wybierając drogę po lewej stronie czas dotarcia na górę zajmuje nam około pół godziny, w sumie to zależy od tempa wchodzenia. Zalecane wygodne obuwie, czytaj: na pewno nie szpilki! Całe to zmęczenie zrekompensowały nam widoki. Zdecydowanie najlepszy punkt widokowy.

Ostatnim punktem tego dnia był Pałac Potockich. Przed samym wejściem na plac nad ulicą zawieszone są kolorowe parasole, efekt super. Na ulicy, mimo iż przejeżdżają przez nią samochody, w chwilach mniejszego ruchu możemy zobaczyć pozujących turystów. Bo czego się nie robi dla dobrego ujęcia. Sam pałac jest chyba najpiękniejszy w całym Lwowie, a przynajmniej z tych wszystkich budowli, które widzieliśmy. Chociaż może opera jedynie go przebija. Co nas zdziwiło, tłumów nie było, raptem parę osób, młoda para pozująca do zdjęć. Nie mniej jednak dla nas duży plus, nie trzeba się przeciskać, żeby zrobić dobre zdjęcie bez mistrzów drugiego planu.

_____________________________
Jeśli spodobał Ci się wpis, zostaw pięć gwiazdek!

ZOBACZ RÓWNIEŻ

Dodaj komentarz