Izrael

Jerozolima – miejsce, które zostaje w pamięci na długo

31 lipca 2018

Wybierając się do Izraela planowaliśmy się zatrzymać w Tel Awiwie, ale jednym z naszych punktów obowiązkowych, tzw. must see była Jerozolima.

Jerozolima, ziemia święta, największe miasto Izraela, styk różnych kultur i religii, nagromadzenie zabytków, bogactwo historii, miejsce pełne mistycyzmu, przepełnione duchowością robi ogromne wrażenie już od samego początku. To miasto, w którym na każdym kroku przeplatają się trzy religie – chrześcijanizm, judaizm i islam. Napisane zostało o nim tak wiele, że nie śmiem uchodzić za znawcę i nim nie jestem. Chciałabym jednak podzielić się z Wami moimi przemyśleniami, tym co zobaczyłam i co przeżyłam razem z moim mężem. A tak na marginesie, to właśnie w Jerozolimie spędziłam w tym roku moje urodziny.

Dojazd Tel Awiw – Jerozolima

A teraz schodzimy na ziemię – kilka informacji praktycznych. Z Tel Awiwu do Jerozolimy dojechaliśmy autobusem numer 405, który odjeżdżał ze stacji Tel Aviv Central Bus Station 6 Floor, bilet kosztował 16 szekli za osobę (bez problemu kupimy go u kierowcy, najlepiej mieć jednak drobne), podróż trwała około godziny. Jak już pisałam w poprzednich postach autobusy są klimatyzowane, więc podróż przebiegła, mimo upałów, bardzo komfortowo. Wysiadamy na stacji Jerusalem Central Bus Station. Po wyjściu ze stacji i przejściu oczywiście bramek bezpieczeństwa, przechodzimy na drugą stronę ulicy, kierujemy się w stronę przystanku i czekamy na tramwaj linii numer 1. Jeżdżą dosłownie co parę minut, więc nie ma problemu, bilet kosztuje 5,90 szekli i można go kupić w automacie znajdującym się na przystanku. Co nas zdziwiło, przy tym automacie stał Pan, który zręcznie go obsługiwał, z czego oczywiście też skorzystaliśmy, a jak się później okazało był to pasażer, który po prostu pomagał innym. Jak już wracaliśmy to mój mąż bawił się w takiego “pomocnego pasażera”, czekając na nasz tramwaj kupował innym bilety. Naszym celem był przystanek przy Damascus Gate (Bramie Damasceńskiej).

No i zaczęło się zwiedzanie Starego Miasta. Brama Damasceńska jest spora i piękna, prowadzą do niej z dwóch stron schody, jest jedną z ośmiu bram Starego Miasta. Jak zwiedzać? Tylko na piechotę. Co chwilę mijamy znaki kierujące do ważniejszych miejsc, pozostałych bram, ściany płaczu, czy kościołów. Zgubić się nie można.

Stare Miasto dzieli się na cztery dzielnice – muzułmańską, chrześcijańską, żydowską i ormiańską.

Dzielnica muzułmańska

– najbardziej gwarna, gdzie panuje totalny chaos, mnóstwo dźwięków, sprzedawcy, którzy się przekrzykują i zachęcają do kupna, mniej lub bardziej kiczowate pamiątki, różnorodne tkaniny z pięknymi ornamentami, pachnące z daleka przyprawy – to wszystko zobaczyliśmy po przekroczeniu Bramy Damasceńskiej.

Dzielnica Żydowska

– zupełnie inna od poprzedniej, czysta, spokojna, schludna, to tam znajdziemy Ścianę Płaczu.

Dzielnica Ormiańska

– piękne zabytki, jak na przykład katedra św. Jakuba.

Dzielnica Chrześcijańska

– z Bazyliką Grobu Świętego.

Koniecznie trzeba przejść je wszystkie, a najlepiej zgubić się w tych wąskich uliczkach, zbłądzić i poznać prawdziwą Jerozolimę. Spacerując po Starym Mieście rozmawialiśmy żywo z mężem i komentowaliśmy te wszystkie widoki, aż zaczepił nas starszy Pan i spytał się po angielsku czy jesteśmy Polakami. Na co my, oczywiście z uśmiechem na twarzy, że tak, wtedy zaczął nam opowiadać, że ma przodków pochodzących z Polski, że jego dziadek mieszkał w Warszawie. Był bardzo uprzejmy, rozmawialiśmy tak chwilę, pokazywał nam, w którym kierunku mamy pójść, żeby dojść do Ściany Płaczu, do kościoła chrześcijańskiego, do fajnej knajpy. To było bardzo miłe spotkanie.

Ściana płaczu – tego nie można ominąć. Musimy jednak pamiętać o odpowiednim ubiorze. Przygotowana na każdą ewentualność miałam spakowaną w torebce długą sukienkę i szal, ale to zwiedzanie nam tak gładko poszło, że trafiliśmy na bramki bezpieczeństwa, po przejściu których zatrzymała mnie Pani i poprosiła o zakrycie ramion i kolan. Przygotowana wyjęłam szal, ale moja krótka sukienka nie przeszła, dostałam czarną płachtę, która robiła za spódnicę? Cokolwiek to było nie miało nic wspólnego z modą, ale nie o to w tym miejscu chodzi. Poszliśmy więc dalej. To co zobaczyliśmy pokrywało się oczywiście ze zdjęciami umieszczonymi na Internecie, ale zobaczyć to na żywo to już co innego. Gdybym napisała, że to robi wrażenie, to byłoby za słabe, w ogóle nie oddałoby tego co człowiek czuje w tym miejscu. Gdy przebrniemy przez tłum ludzi naszym oczom ukazuje się ściana płaczu, która podzielona jest na dwie części. Sprawiedliwości tu nie dostrzeżemy – część dla mężczyzn ma długość 48 metrów, a dla kobiet jedynie 12 metrów. Co mnie szczególnie ukłuło, to widok kobiet stojących „po swojej stronie” i próbujących przez prowizoryczny płot dojrzeć modlących się mężczyzn… uczuć w człowieku w tym momencie kłębi się cała masa…

Piękny widok stamtąd mamy również na Kopułę na skale i meczet Al. Aksa. Na zdjęciach wychodzi cudnie, trochę jednak przeszkadzały nam żurawie budowlane, niestety wchodziły w kadr.

“Piękne” – chyba nadużyłam tego słowa w tym poście, ale jak inaczej to wszystko opisać, najlepiej chyba jednak zobaczyć na własne oczy i przeżyć…

Brak komentarzy

    Dodaj komentarz